Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7 gwiazdek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7 gwiazdek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2015

"Przełomowe momenty dostrzegamy dopiero wtedy, gdy już miną" - Feed

2 komentarze:
Hej! Zapraszam Was dziś na recenzję książki, będącej moim pierwszym spotkaniem z tematyką zombie, czyli wspomniana już przeze mnie w Wrap-Upie - „Przegląd końca świata - Feed”.














Tytuł: Feed [Przegląd końca świata #1]
Tytuł oryginału: Feed
Autor: Mira Grant
Wydawnictwo: Sine Qua Non




Adopcyjne rodzeństwo Mason - Georgia i Shaun - żyją w rzeczywistości, w której na skutek pewnych eksperymentów, każdy żyjący człowiek posiada w organizmie nieaktywny gen Kellis-Amberlee. Jeśli zostanie on aktywowany, w niedługim czasie dana osoba przechodzi przemianę. Staje się zainfekowanym, czyli po prostu nieumarłym. KA może jest aktywowane po śmierci lub na skutek ugryzienia zainfekowanego. Brzmi optymistycznie, czyż nie?

Jednak nasi bohaterowie, przyzwyczajeni do otaczającej ich rzeczywistości, nie należą do takich, którzy panikują, użalają się nad sobą, albo chowają w przestrachu po kątach. Oni wręcz czerpią z tego korzyści. Albowiem Georgia i Shaun są profesjonalnymi blogerami, którzy w sferze internetowej dzielą się ze światem wszystkim co dzieje się wokół nich, a co tyczy się nieumarłych. Ich praca jest tak doceniana, że w końcu dostają pewną propozycję ze strefy politycznej. Nowe zlecenie rozpoczyna serię zmian, intryg i nieszczęść w całej historii.

Georgia jest dziewczyną silną, odważną, inteligentną i twardo stąpającą po ziemi. Z przyczyn zdrowotnych nigdy nie rozstaje się z parą okularów przeciwsłonecznych. Nigdy nie panikuje, nawet w kryzysowych sytuacjach zachowuje zimną krew i postępuje z rozwagą. Kieruje się przede wszystkim głosem rozsądku, co jest zbawienne w obliczu natknięcia się na zainfekowanych. Z kolei Shaun jest typem ryzykanta. Uwielbia życie na krawędzi, co świadczy jednocześnie o jego odwadze, lecz również traktowaniu wszystkiego zbyt pobłażliwie. Jednak tak jak jego siostra, w obliczu skrajnego zagrożenia jest opanowany i postępuje profesjonalnie.

Mimo iż rodzeństwo Mason są typem bohaterów, który najbardziej lubię - silni, odważni, samodzielni - to miałam problem ze zżyciem się z nimi. Mówiąc szczerze, w ogóle mi się to nie udało. Owszem, lubiłam ich, jednak ich los od początku do końca pozostał mi obojętny, co było dla mnie sporym minusem. Tak naprawdę, bardziej od Georgii i Shauna polubiłam ich przyjaciółkę, Buffy. Właściwie to ciężko ją opisać, była chyba najbardziej lekkomyślna z tej trójki, ale przy tym niezwykle uzdolniona w kwestiach technologii, co było bardzo imponujące. Pozytywna osoba, według mnie tchnęła więcej życia w tę powieść.

W książce mamy mnóstwo opisów, wyjaśniających różne kwestie przedstawionej przez autorkę rzeczywistości. Sposób funkcjonowania świata, historię, jak doszło do obecnej sytuacji i wiele innych. Wszystkie one były naprawdę ciekawe, a przede wszystkim doskonale dopracowane, za co duże brawa dla Miry Grant. Jednak muszę trochę pomarudzić, gdyż uważam, że miejscami były one nie potrzebne, było ich za dużo. Szczerze mówiąc, książka z powodzeniem mogłaby być szczuplejsza o jakieś pięćdziesiąt stron opisów i nie straciłaby na wartości. A ich nadmiar sprawiał chwilami, że czytanie nieco mi się dłużyło. Za to niewątpliwym plusem powieści była budowa książki. Świetny podział na części i doskonale zastosowane urozmaicenie na końcu każdego rozdziału, w postaci fragmentów blogów naszych głównych bohaterów. Naprawdę umilały mi one czytanie.

Podsumowując: Tom pierwszy „Przeglądu końca świata” przedstawił niezwykle intrygującą historię w świetnie dopracowanej rzeczywistości. Momentami aż sama miałam wrażenie, że żyję w tamtych czasach i sama jestem tak ściśle powiązana z blogosferą jak bohaterowie. Postacie same w sobie, choć przedstawiały korzystne dla mnie cechy charakteru, nie wzbudziły we mnie jakiejś szczególnej sympatii, nie wytworzyła się żadna więź, która łączyłaby mnie z nimi. Oprócz tego, generalnie cały zarys skupia się mocno na polityce, a nie tego się spodziewałam po książce o zombie. Owszem, jest to bardzo interesujący wątek, lecz moje oczekiwania co do tematyki nieumarłych były nieco inne. Z miłą chęcią sięgnę po kolejne tomy, lecz nie jestem pewna czy w najbliższej przyszłości.

Ocena ogólna: ★★★★★★★☆☆☆ (7/10)




I to by było na tyle. Ciekawi mnie Wasza opinia na temat tej książki, jeśli już ją czytaliście. Filmik z recenzją już pojawił się na kanale, więc zainteresowanych odsyłam do obejrzenia zamieszczonego poniżej video. To papa! ;)




poniedziałek, 25 maja 2015

"Nie bój się. Nie pozwól, by to zauważyli" - Mroczne umysły

4 komentarze:
Hej! Obecnie mam dla Was ostatnią zaległą recenzję i mam nadzieję, że już więcej nie narobię sobie takich tyłów. Tym razem kolejna książka o bardzo mieszanych opiniach, czyli „Mroczne umysły”.














Tytuł: Mroczne umysły [Mroczne umysły #1]
Tytuł oryginału: The Darkest Minds
Autor: Alexandra Bracken
Wydawnictwo: Otwarte




Ruby jest jedną z mieszkańców obozu dla dzieci i młodzieży Thurmond. Żyje w czasach kiedy to wszystkie dzieci rodzą się ze specjalnymi zdolnościami, dlatego też władze zamykają je w specjalnych miejscach, odseparowane od społeczeństwa, gdzie każdemu przyporządkowuje się kolor, którym określana jest dana umiejętność. Wyróżnia się pięć takich grup: Niebiescy, Zieloni, Żółci, Pomarańczowi i Czerwoni. Trzy ostatnie kolory uznawane są za bardziej niebezpieczne, dlatego traktowane są „inaczej”.

Więcej z historii zdradzać nie będę, ponieważ najlepiej jest, jak zwykle, śledzić jej tok na bieżąco. Muszę jednak dodać, że klimat nie jest zbyt wesoły, gdyż obdarzeni niezwykłymi zdolnościami młodzi mieszkańcy obozów bynajmniej nie są traktowani jako osoby wyjątkowe, a wręcz jak najgorsi przestępcy. Szczególnie okropnym miejscem jest właśnie Thurmond, gdzie przebywa główna bohaterka. Władza, strażnicy, krótko mówiąc wszyscy dorośli boją się ich i dlatego przez zastraszanie i przemoc próbują utrzymać kontrolę nad uzdolnionymi młodymi.

W osobie głównej bohaterki wyczuwam duży potencjał i z przyjemnością obserwowałam w jaki sposób zmienia się jej postawa i sposób patrzenia z biegiem historii. Jednak wciąż pozostaje przed nią długa droga samodoskonalenia i nabierania niezbędnej w sytuacji, w jakiej się znalazła, pewności siebie. Niestety, były momenty kiedy jej nieporadność działały mi na nerwy. W niektórych fragmentach książki wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby tylko zechciała ukazać nieco więcej charakteru. Jednak ogólnie rzecz biorąc, Ruby wcale nie należy do grupy tych ślamazarnych bohaterek bez kręgosłupa. Po prostu musi jeszcze trochę ewoluować jako postać z naprawdę dużymi możliwościami.

Ekipa, którą poznajemy prócz niej to tryskający energią typ przywódcy stada, będący jednocześnie nogą w sporcie - Liam - sceptyczny i raczej nieufny inteligent - Pulpet - oraz milcząca iskierka radości całej tej pokręconej drużyny - Suzume. Wszyscy troje stanowią doskonały zespół. Mimo iż wydają się dosyć dziwną mieszanką, tylko razem mogą przetrwać w tych ciężkich czasach. Podczas gdy Ruby powoli ich poznawała, ja robiłam to jakby z nią. Patrzyłam na nich jej oczami, wyrabiając sobie o każdym własną opinię i coraz bardziej się do nich przywiązując. Moim zdaniem ta trójka jest zdecydowanie bardziej przekonująca od samej głównej bohaterki i uważam, że autorka świetnie poradziła sobie z wykreowaniem tych postaci.

Zarys całej historii jest bardzo interesujący, jednak, pomimo iż nie cierpię tego robić, muszę porównać początek powieści do „Czasu Żniw” Samanthy Shannon - grupy ze specjalnymi zdolnościami zamykane w obozach z surowym traktowaniem, uciemiężanie niewinnych ze strachu przed ich umiejętnościami. Jednak w miarę rozwoju akcji „Mroczne umysły” absolutnie przestają w czymkolwiek przypominać inne książki. Niestety, muszę przyznać, że miałam duże problemy z wbiciem się w te historię. Książka porwała mnie dopiero po jakichś stu pięćdziesięciu stronach, kiedy zdążyłam już bliżej zapoznać się z bohaterami. Nie mogę znowu powiedzieć, że powieść ta była nudna, czy naciągana - zdecydowanie nie. Po prostu początek nie uderzył zbytnio w moje gusta czytelnicze.

Podsumowując: Kiedy wspominałam o „Mrocznych umysłach” na moim kanale, spotykałam się z dwiema opiniami na temat tej książki - totalnie przeciętna oraz naprawdę świetna. Teraz sama mogę ocenić, że choć trudno w to uwierzyć i jedni i drudzy mają rację. Początkowo książka bywała nużąca i denerwująca - zdecydowanie nie mogła mi podejść. Jednak po pewnym czasie cała historia szczerze mnie zainteresowała. Wiem, że chętnie sięgnę po kolejne tomy z serii, licząc, że moja sympatia do bohaterów sprawi, iż początki kontynuacji nie będą mi się tak dłużyły, jak to było w przypadku tej części. Po lekturze wysnuwam również dwa wnioski, a właściwie motta: „Nie ufaj nikomu” oraz „Zawsze walcz o swoje i nikomu nie daj się stłamsić”. 

Ocena ogólna: ★★★★★★★☆☆☆ (7/10)




I to by było na tyle. Ciekawi mnie Wasza opinia na temat tej książki/serii. A jeśli jeszcze jej nie czytaliście, zamierzacie po nią sięgnąć? Czekam na Wasze odpowiedzi i wkrótce szykuję kolejną recenzję na blogi i mam nadzieję recenzję video „Mrocznych umysłów”. To papa! ;)




niedziela, 10 maja 2015

Napis wydrapany na ławce w szkole podstawowej na Barker Street w Chamberlain: „Carrie White ma nasrane w głowie” - Carrie

8 komentarzy:
Hej! Dziś mam dla Was recenzję kolejnej książki Stephena Kinga. Krótka książka, którą ponownie zekranizowano, czyli „Carrie”. Recenzja wideo powinna za jakiś czas pojawić się na moim kanale, a wtedy link do niej wkleję Wam na dole ;)
















Tytuł: Carrie
Tytuł oryginału: Carrie
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka





Carrie White od dziecka jest kozłem ofiarnym wśród rówieśników. Wychowywana przez radykalnie religijną matkę, nie potrafi dostosować się do szkolnego środowiska, co powoduje, że nieustanie jest obiektem kpin. Przez lata wszystko cierpliwie znosi, aż do pewnego upokarzającego incydentu, kiedy to dziewczyna dostaje pierwszej miesiączki. Ten zapoczątkowuje serię zdarzeń, które na zawsze odmienią życie Carrie, a przede wszystkim nią samą.

Przyznam, że po tak krótkiej, bo zaledwie dwustu stronicowej książce, spodziewałam się nieco szybszego rozwoju akcji. Jednak King po raz kolejny pokazuje mi swój specyficzny styl - powolny tok wydarzeń przez 2/3 powieści, a potem natłok akcji do samego końca. Tak właśnie jest w „Carrie”. Przez około sto dwadzieścia stron historia strasznie mi się dłużyła. Nie mogłam nazbyt się do niej przekonać, mimo iż główna ciekawił mnie rozwój zdarzeń w życiu głównej bohaterki. Jednak kiedy wreszcie zaczęło się coś dziać, skończyłam książkę bardzo szybko.

Sama Carrie jest interesującą, dość osobliwą postacią. Zaszczuta przez matkę z jej religijną obsesją, dziewczyna nawet nie ma możliwości otworzyć się na innych ludzi. Nieśmiała, zdystansowana i wręcz zacofana, jeżeli chodzi o niektóre codzienne tematy, pokornie znosi wszelkie zniewagi pod jej adresem, choć widać, że jest już na skraju załamania. A w związku z tym budzi się w niej cecha, czy raczej umiejętność, która z ofiary może zrobić zwycięzcę.

Matka Carrie jest kobietą, którą możnaby opisać w trzech słowach - chora na umyśle. To określenie najlepiej do niej pasuje po tym, co wyprawiała na kartach tej powieści. Nawet „przesadnie religijna” nie oddaje sensu jej zachowania. Przy każdej styczności z tą kobietą w czasie czytania miałam ochotę ją udusić. Bardzo współczułam Carrie takiej matki. Jestem pewna, że każdy kto czytał tę powieść podziela moje zdanie.

Cały zarys historii był naprawdę ciekawy. Szczególnie podobało mi się w jaki sposób ta książka jest napisana i bynajmniej nie chodzi mi o sam styl pisania Stephena Kinga. Otóż oprócz toczących się na bieżąco zdarzeń, całej historii towarzyszą również fragmenty reportaży czy książek, które opisują i komentują przyczyny, przebieg i skutki wydarzeń, będących kulminacją akcji powieści i o których czytamy w drugiej połowie książki. Ten zabieg sprawił, że zagłębiając się w lekturę miałam wrażenie jakbym oglądała film dokumentalny. Jeżeli zaś chodzi o sposób pisania Kinga, to jak nadmieniałam jest on dość specyficzny dla autora - wolny rozwój akcji, lecz ciekawie zapowiadający się wątek. Poza tym język, którym się posługuje jest bardzo bezpośredni. Stephen King nie zachowuje żadnego tabu, co dla mnie akurat nie stanowi problemu.

Podsumowując: „Carrie” to krótka książka, lecz pomimo tego nie mogłabym jej przeczytać za jednym razem. Powieści Kinga po prostu mają to do siebie, że tylko wytrwali mogą przebrnąć przez początki, ale naprawdę warto. Sposób w jaki historia została przedstawiona, czyli przeplatanie bieżących wydarzeń z fragmentami reportaży niezwykle urozmaica powieść, wręcz podtrzymuje zainteresowanie czytelnika. Generalnie historia wykreowana przez Stephena Kinga jest bardzo dobra, choć natężenie religijnego wątku było dość męczące. Dlatego całość oceniam na zasłużone siedem gwiazdek.

Ocena ogólna: ★★★★★★★☆☆☆ (7/10)




I to by było na tyle. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wyjść na prostą z zaległymi filmikami i nagram np. recenzję „Carrie”. Jak na razie musicie cierpliwie poczekać, zapewniam, że już nie długo. To papa! ;)




piątek, 10 kwietnia 2015

Ci, którzy nie znają przeszłości, zwykle ją powtarzają... i nie chcą słuchać ostrzeżeń - "Cmętarz Zwieżąt"

3 komentarze:
Hej! Zapraszam Was na kolejną recenzję! :) Tym razem na ruszt idzie pierwsza przeczytana przeze mnie książka autorstwa Stephena Kinga, czyli „Cmętarz Zwieżąt”.


















Tytuł: Cmętarz Zwieżąt
Tytuł oryginału: Pet Sematary
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka





Louis Creed przeprowadza się z rodziną do niewielkiego miasteczka Ludlow, gdzie mają wieść spokojne, dość dostatnie życie. Główny bohater dostaje dobrą posadę lekarza na Uniwersytecie, żona i dzieci wydają się zadowoleni, a w dodatku mieszkający naprzeciwko osiemdziesięciolatek szybko staje się najlepszym przyjacielem Lou. Jedyny szkopuł nowego miejsca, to biegnąca przed domem jezdnia, którą mają zwyczaj poruszać się rozpędzone ciężarówki. Niejednokrotnie pupile mieszkańców kończyły na niej swój krótki żywot.

Pewnego dnia Jud, sąsiad Creedów, postanawia pokazać nowym przyjaciołom pewno niezwykłe miejsce, w lesie nieopodal ich domu. Na „Cmętarz Zwieżąt”. Miejsce robi szczególne wrażenie na córce Louisa - Ellie - głównie dlatego, że sama posiada kota, którego bardzo kocha. Odwiedziny tego specyficznego miejsca są bowiem pierwszym żywym kontaktem dziewczynki ze śmiercią. I na tym etapie najlepiej zakończyć wgłębianie się w fabułę, gdyż będzie dużo ciekawiej, kiedy o reszcie przeczytacie sami.

„Cmętarz Zwieżąt” to pierwsza książka Stephena Kinga, którą miałam okazję przeczytać i przyznam, że styl pisania autora od razu mi się spodobał. Codzienność potrafi wyrazić w interesujący, a zarazem prosty sposób. Opisy nie zanudzają czytelnika, a wręcz chętnie się w nie zagłębia, co sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej wkręceni w bieg wydarzeń.

Większość bohaterów odbieram pozytywnie. Louis jest typem, który właściwie ani nie przyciąga, ani nie odpycha. Łatwo go polubić, ale z pewnością nie mogłabym tu mówić o jakimś większym przywiązaniu. Specyficzną postacią był też ponad osiemdziesięcioletni Jud. Mężczyzna od początku budzi sympatię swojskim sposobem bycia i sporą energią i siłą, jak na osobę w tym wieku. Jedynie Rachel, czyli żona głównego bohatera, momentami mnie irytowała. Co prawda nie zapałałam do niej jakimiś negatywnymi emocjami, ale czasem była po prostu denerwująca.

Cała historia jest zdecydowanie niebanalna, lecz mówiąc szczerze nie dostałam tego, czego oczekiwałam po lekturze tej książki. Mianowicie, liczyłam na to, że autorowi uda się mnie przerazić i sprawić, żeby obrazy wykreowane na kartach tej powieści dręczyły mnie po nocach, a przynajmniej powodowały dreszczyk w czasie czytania. Nic takiego się niestety nie wydarzyło. Dopiero pod koniec książki znalazły się może ze dwa fragmenty, które nie tyle przeraziły mnie, co wywołały lekki niepokój. Oprócz tego tok wydarzeń, jaki następuje od drugiej części powieści niespecjalnie przypadł mi do gustu, ale to już dość subiektywna kwestia. Do minusów koniecznie muszę dodać jeszcze jeden element, który niewiarygodnie mnie irytował, a konkretnie opisywanie przez autora, że w późniejszych etapach książki nastąpi śmierć danego bohatera z takiego czy innego powodu. Może i był w tym jakiś głębszy cel, ale zabieg ten, zastosowany dwukrotnie, mnie osobiście bardzo się nie spodobał.

Aby nieco zrównoważyć ten niezamierzony potok krytyki, poruszę jeszcze aspekt, który zrobił też na mnie duże wrażenie, tym razem w pozytywnym sensie. Mianowicie, na kartach tej powieści jest sporo mowy o śmierci. To coś niespotykanego w książkach, a tu jest w dodatku dość rozbudowanym wątkiem. Możemy zapoznać się z wieloma interesującymi spostrzeżeniami dotyczącymi tego ostatecznego zjawiska. Oprócz tego, dzięki niektórym fragmentom sposób myślenia czytelnika o śmierci może ulec zmianie, przez odkrywanie nowych, nieznanych aspektów kresu życia. Autor dzieli się z nami mądrością na ten temat, która wzbogaca nasze doświadczenia z lekturą.

Podsumowując: „Cmętarz Zwieżąt” to książka, po której więcej się spodziewałam pod względem straszności. Jednak dostaje ode mnie zasłużone siedem gwiazdek, przez wzgląd na lekki i wciągający styl pisania autora oraz przede wszystkim za rozwinięcie w tak ciekawy i mądry sposób rzadko poruszanego tematu śmierci. Jednocześnie nawiązując do jednego z minusów książki, mianuję Stephena Kinga Mistrzem spoilerów, ale nie wiem czy w tym wypadku należą się gratulacje.

Ocena ogólna: ★★★★★★★☆☆☆ (7/10)




I to by było na tyle w kwestii „Cmętarza Zwieżąt”. Mimo iż recenzja wyszła raczej bardziej negatywnie, to zapewniam, że pomimo tych paru rzeczy była to dla mnie bardzo przyjemna lektura, więc jak najbardziej polecam, szczególnie fanom twórczości Kinga. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się również recenzja video tejże książki, a wtedy wstawię link do niej poniżej. Czekajcie na następną recenzję, która powinna pojawić się niebawem. To papa! ;)




czwartek, 2 kwietnia 2015

Na początku było nas ośmioro, teraz została szóstka - "Jutro 2. W pułapce nocy"

6 komentarzy:
Hej! Witam Was w kolejnej recenzji! :) Tym razem popiszę trochę o książce, która była właściwie nieplanowana w tym miesiącu, a mianowicie - „Jutro 2. W pułapce nocy”. Oczywiście ponieważ jest to kontynuacja to może przewinąć się parę spoilerów z pierwszej części, więc uprzedzam ;)
















Tytuł: Jutro 2. W pułapce nocy
Tytuł oryginału: The Dead of Night
Autor: John Marsden
Wydawnictwo: Znak Literanova



Wojna trwa. Grupa naszych bohaterów zmniejszyła się o Corrie, która została postrzelona po ostatniej dużej akcji i Kevina, który zdecydował się zawieźć ją do szpitala w opanowanym przez wroga miasteczku. Od tego feralnego dnia słuch po nich zaginął. Ellie i jej przyjaciele wciąż przesiadują w Piekle, planując jak odnaleźć zaginioną dwójkę.

Zaczyna się kolejna walka z czasem, kolejne akcje, mające na celu wyrządzenie jak największych szkód przeciwnikom. Tymczasem robi się coraz zimniej, a w posiadłościach, w których niegdyś mieszkali wraz z rodzinami nasi bohaterowie oraz ich sąsiedzi wkrótce osiedlą się przyjezdni mieszkańcy atakującego ich państwa. Sytuacje, w jakich znajdą się nasi bohaterowie będą dla nich ciężkimi próbami charakteru i możliwości, wywołają w nich też wiele wewnętrznych zmian, nieuniknionych, by przetrwać.

W tej części mamy okazję nieco lepiej poznać większość bohaterów, bardziej się z nimi zżyć, szczególnie z Ellie, co nie jest niczym dziwnym, gdyż to ona jest narratorką tej historii. Jednak ja osobiście wciąż nie odczuwam szczególnej więzi z żadną postacią, choć wszystkich naprawdę lubię i szczerze im kibicowałam.

Ciekawym i nieco bardziej rozbudowanym wątkiem w tej części była relacja Ellie i Lee. Uważam, że to naprawdę cudowna para, o której przyjemnie się czytało i za którą trzymam kciuki. Ten wątek stanowi dobre oderwanie od otaczających bohaterów realiów wojennych i zapewnia minimalny smak tak upragnionej przez nich normalności.

Ogólny motyw tej serii jest zdecydowanie oryginalny, intrygujący i naprawdę wyjątkowy. Lektura zostawia nas z przemyśleniami dotyczącymi naszego życia i postępowania. Pokazuje, że powinniśmy bardziej doceniać to co mamy, bo w najbardziej niespodziewanych okolicznościach wszystko może ulec zmianie i wszystko możemy stracić.

Niestety, mimo wszystkich plusów, nie udało mi się szczególnie bardzo wciągnąć w fabułę. Nie zżyłam się za bardzo z bohaterami, całość książki często zbyt mi się ciągnęła, a miejscami była wręcz nudna i irytująca. Nie jestem pewna czy jest to rzeczywisty szkopuł powieści, czy po prostu jestem zbyt wybredna.

Podsumowując: „W pułapce nocy” to książka ciekawa, niesztampowa i zmuszająca do myślenia ze zdecydowanym nakierowaniem na nastoletnich czytelników. Ukazuje nietypową historię, której nie sposób nie docenić. Mimo to, dla mnie nie była szczególnym fenomenem i podobnie jak część pierwsza oceniam ją na siedem gwiazdek.

Ocena ogólna: ★★★★★★★☆☆☆ (7/10)




I to wszystko, jeżeli chodzi o tę recenzję. Za kolejne części pewnie nieprędko się zabiorę, aczkolwiek na pewno kiedyś dam im szansę. Czekajcie na następną recenzję, która może pojawić się już niebawem. To papa! ;)
© Agata | WS | 1, 2.